The Castles Quest – 12 zamków, 6 historii

600 kilometrów i ponad 13 000 metrów podjazdów w osiem dni gdzieś na portugalsko-hiszpańskim pograniczu. Solo, bez numeru startowego, za to z bagażem i linią wyrysowaną na ekranie GPS-a za przewodnika. The Castles Quest...



 


The Castles Quest to przygoda!

Trasa pokrywa się w większości z oznakowanym szlakiem GR22, łączącym 12 historycznych miejscowości Portugalii. Można ją przejechać przez okrągły sezon samemu, ale w proponowanym przez nas terminie otrzymuje się kompleksową opiekę. Aplikacja NeverAlone, zainstalowana w telefonie, pozwala nie tylko śledzić uczestników online, ale też w razie potrzeby udzielić im pomocy. Osiem etapów każdy może przejechać w swoim tempie. My, na życzenie, możemy pomóc w zorganizowaniu noclegów. The Castles Quest jest imprezą bikepackingową, nie ma więc miejsc i wyników, ale każdy, kto przejedzie trasę, uzyskuje tytuł rycerza.

ALFREDO AZEVEDO, GEONATLIFE, ORGANIZATOR

 

 

Mniej więcej tyle dowiedziałem się pierwszego dnia. Mimo przeczytania wszystkich możliwych informacji na stronie organizatora nadal nie byłem pewien, jak „wyścig” będzie wyglądać w praktyce. Z rozmów przed startem wywnioskowałem zresztą, że mniej więcej tyle samo wiedzieli pozostali. W trakcie zdążyliśmy porozmawiać więcej i poznać się lepiej, nadal utrzymujemy kontakt.

 

 

 

 

 

 

ANNA DAVIDSSON, dziennikarka, MTB Sweden Magazine


Była szwedzka zawodniczka cross country po zakończeniu kariery startuje sporadycznie, głównie w wyścigach długodystansowych. Po kontuzji: „Nie byłam w stanie znieść napięcia związanego ze startami”. Stwierdzono u niej głębokie przetrenowanie i nigdy już nie powróciła do regularnych treningów. Dlaczego zdecydowała się wystartować w The Castles Quest? „Nie ma numeru startowego na kierownicy, nie denerwuję się.” Jako jedyna kobieta przejechała całą trasę, co podsumowała następująco: „Wciąż jestem pełna wrażeń. Jedzenie, kultura, widoki i nowi przyjaciele, których zdobyłam. Jestem zaskoczona, jak wiele się nauczyłam”. W zaledwie w dzień po powrocie, na pytanie, czy nie ma dość roweru, odpowiedziała: „W 24 godziny po tym, jak dotarłam do domu, już tęskniłam za rowerem. To uzależnienie”. Co wiele mówi o niej samej. Na pytanie, czy wystartowałaby znowu: „Teraz wiem, o co chodzi w imprezie. Przed, może na szczęście, nie wiedziałam. A jednak jeśli zostanę zaproszona ponownie, spakuję się natychmiast”.

 

 

 

 

 

 

 

 

GRZEGORZ RADZIWONOWSKI, Magazyn BIKE, Polska

Po wiosennej etapówce Andalucia Bike Race wiem, że lubię tego typu wyścigi. Zaproszenie na zerową edycję The Castles Quest przyjąłem natychmiast. Nawet jeśli opis brzmiał cokolwiek enigmatycznie. Wymiana maili z organizatorem pomogła rozwiać wątpliwości, na szczęście niekoniecznie musiałem spać w namiocie i wozić go ze sobą. I choć dla mnie, ze względu na pokrywanie się terminów z Kielce Bike‑Expo, możliwe było przejechanie tylko trzech z ośmiu etapów, i tak nie oczekiwałem, że jazda okaże się tak męcząca. Odległości, jedzenie i picie, a przede wszystkim temperatury są kluczowe, by ukończyć imprezę. Także sprzęt. Twentyniner, niewielki plecak i tubelessy zdecydowanie pomogły. Zaskoczyło mnie, jak prosta może być nawigacja po śladzie. Problemy? Psy! Najszybciej jechaliśmy, gdy pojawiały się na horyzoncie. Żałuję, że musiałem wyjechać, kolejne etapy były o wiele trudniejsze.  

 

 

 

 

 

RUI MARQUES, amator, Portugalia


Rui był zdecydowanie najmniej doświadczonym uczestnikiem etapówki. Prosty twentyniner Meridy plus mało skomplikowane bagażniki z sakwami miały dowieźć go do celu. „Chcę spróbować, zobaczymy, ile dam radę” – tak mówił pierwszego dnia. Po drugim narzekał przede wszystkim na problemy z… dołem pleców. Mimo że używał spodenek z wkładką, cierpiał z powodu braku odpowiedniej liczby przejechanych kilometrów. Problematyczny okazał się też jego sprzęt. Najpierw odmówiły posłuszeństwa bagażniki, a następnie opony i dętki, wielokrotnie łatane. Mimo wszystko Rui dowiódł, że możliwe jest przejechanie etapówki bez specjalnego przygotowania, ale z mocną głową. Jechał wolniej, ale skutecznie. Jako jedna z trzech osób ukończył wszystkie etapy przed północą.

 

 

 

 

 

Głodny? Bufet niepotrzebny, są opuncje. Trzeba tylko opalić kolce…

 

 

 

 

Pierwszy dzień i seryjne kichy. Kolce przestaliśmy liczyć po kilkunastu.

 

 

 

 

 

 

MARIO PEDRO SOARES, amator, Portugalia 


Zawodnik ze zdecydowanie największym doświadczeniem. Gdyby tylko chciał, zapewne przejechałby całą trasę jedną nogą. W trakcie opowiadał o innych wyścigach: „W Trans Portugal startowałem siedmiokrotnie, zapisany jestem już na kolejną edycję”. Trans Portugal to ponad 1000 kilometrów w słońcu, przecinające kraj z północy na południe. Na tytanowym rowerze robił za dobrego ducha kolegi Rui, zagrzewając po drodze do walki i docierając z nim każdego dnia do mety. Z roweru zsiadał bez oznak zmęczenia i sypał poradami na temat etapówek. Temat Trans Portugal powracał wielokrotnie, Mario może służyć za żywy słup ogłoszeniowy imprezy!

 

 

 

 

 

NUNO DIAS, amator, Portugalia/Niemcy


„To była największa przygoda, wyzwanie mojego życia. Jestem z tego dumny. Wziąłem udział, bo nie wiedziałem, co mnie czeka. Nie znałem trasy, sądziłem, że będzie to łatwa trasa MTB, czyli drogi szutrowe, asfalty. Dlatego wziąłem mojego gravela, a nie enduro (enduro byłoby lepszą opcją, ale nie idealną, hardtail albo lekki full byłby właściwym wyborem). To zdecydowanie był zły wybór, bo The Castles Quest to wymagająca wyprawa MTB. Kropka. Wystartowałem z bagażnikami i sakwami, napędem na płaskie czy lekkie podjazdy, a skończyłem z nowym napędem, inną oponą z tyłu (moja wybuchła piątego dnia, choć był to tubeless, z drugą też miałem problemy) i z plecakiem na wszystkie rzeczy. Trasy były zbyt wymagające na bagażniki. Po pierwszym dniu sądziłem, że nie dam rady skończyć całości, było zbyt ciężko, a ja byłem nieprzygotowany, zdecydowałem jednak, by spróbować jechać dalej. I nagle zobaczyłem samego siebie ostatniego dnia, gdy zdobywam ostatni zamek. To było jedno z najwspanialszych uczuć w moim życiu”.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tajna szwedzka broń Anny – tytoń do żucia…

 

 

 

 

Ślad na ekranie GPS zamiast przewodnika. Działa!

 

 

 

 

 

The Castles Quest – APETYT NA JESZCZE


Jeżeli się uda, będę chciał przejechać trasę w przyszłym roku. Kolega Nuno Dias wyraził to słowami, pod którymi mógłbym się podpisać bez chwili wahania...

 

„To było naprawdę ciężkie, wymagające fizycznie i mentalnie doświadczenie, ale pozostali uczestnicy, rodzina (dołączyli jako wsparcie w ostatnich dniach) i wspaniała ekipa organizatorów sprawili, że okazało się możliwe. Nie zapomnę nigdy tego tygodnia i tej przygody. Pomijając ból i leki (oraz adrenalinę), już planuję, a nawet przygotowuję się do kolejnej przygody, bo to jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie można robić na rowerze. Eksploracja przepięknych miejsc i jednocześnie jazda na rowerze, utrzymywanie kondycji i uczenie się nowych rzeczy o sobie to prawdziwa przygoda, każdego dnia”.

 

 

 

 

 

 

 

 

THE CASTLES QUEST

WSZYSTKIE INFORMACJE na temat imprezy znajdziecie na thecastlesquest.bike.

 

KIEDY?

Edycja 2018 planowana jest w terminie 15–23 września.

 

KOSZT

Organizator pobiera opłatę startową w wysokości 50 euro, która traktowana jest bardziej jako potwierdzenie stawienia się niż pokrycie kosztów opieki.

 

KTÓRĘDY?

Trasa, prawie w całości, prowadzi szlakiem turystycznym „The GR22 Long Distance Trail Historical Villages of Portugal (Grande Rota das Aldeias Históricas de Portugal)”, oznakowanym także w terenie. Ze strony organizatora można bezpłatnie ściągnąć ślady poszczególnych etapów.

 

 

Artykuł został opublikowany w numerze 11-12/2017 Magazynu Bike, wydanie elektroniczne TU

 

Komentarze do artykułu