Rowerem po norweskich fiordach

Miłośnicy przygód od lat szepczą o wyprawach „Ski and ship” w norweskich fiordach. W tym roku oferta została rozszerzona także o kolarzy górskich. Autorka przewodników turystycznych Berne Broudy zaciągnęła się na statek i wyruszyła w dziewiczy rejs.



Języki mgły układają się niczym ciężka, aksamitna kurtyna. Spadam niemal z roweru, gdy dostrzegam, że tuż obok naszych stóp teren stromo opada w dół, by roztrzaskać się we wnętrzu fiordu w dole.

Moje opony z trudem pokonują dziury wypełnione błotem, wrzynają się w luźne kamienie i wreszcie szukają przyczepności na mokrej, granitowej płycie. Tak długo, jak nie patrzę w dół, walczę tylko z podłożem. Rzut oka w bok na stromo opadające zbocze wystarcza jednak i wolę już zsiąść. Narciarze i wędrowcy zwiedzają fiordy Norwegii na łodziach od dawna. Także ja byłam tu sześć lat temu, by pojeździć telemarkiem. Wówczas mieszkaliśmy na zmodyfikowanym kutrze do połowu dorszy i przepływaliśmy z jednego fiordu do następnego. Oferta dla kolarzy górskich jest za to świeżutka. Agencja H+I Adventures wyszukała trasy i ścieżki na zlecenie stowarzyszenia przemysłowców, bo branży wydobywczej Norwegii powoli kończą się zasoby ropy i gazu. Trzeba szukać alternatywnych źródeł zarobku. Jednym z nich ma być kolarstwo górskie. Właściwie czemu nie? W końcu to działa, i w Whistler i w czeskim Singltreku Pod Smrkem. Gdy gorączka szalonych krów położyła brytyjski przemysł turystyczny, Szkoci odpowiedzieli budową centrów rowerowych. Miejscówki te dorobiły się sławy dzięki trasom znanym ze szczególnego flow.

 

W Norwegii trzeba mocniej zakasać rękawy, by nabrać prędkości, o czym dowiedziałam się już podczas naszej pierwszej przejażdżki, gdy łódź przybiła do portu w Godoy Island. To ojczyzna Rollo, wikinga, który niegdyś tutaj grasował. Rowery czekały na nas na nabrzeżu, a ja po długiej podróży nie mogłam się doczekać, by popedałować. Przejechaliśmy jednak dokładnie 50 metrów, przekroczyliśmy jeszcze bramę, gdy nasza przewodniczka Weronika zeskoczyła z siodełka i zaczęła pchać rower stromą ścieżką pod górę. Wszyscy pozostali próbowali przejechać jeszcze kilka metrów, ale na kamienistej ścianie po prostu utknęli. Ok, dobrze, pchamy. Po 45 minutach wspięliśmy się do połowy szczytu Stornhornet, wznoszącego się na 497 m n.p.m. Pod nami srebrem połyskiwał Atlantyk, a wokół nas kwitły łąki późnej jesieni. Przez następną godzinę rowery musieliśmy nawet nieść na plecach, dopiero wówczas osiągnęliśmy szczyt. Wylałam sobie na kark całą zawartość mojego bidonu, dopiero wówczas byłam w stanie jasno myśleć. No tak, zakładamy nakolanniki! Weronika patrzyła na nas, norweskich żółtodziobów, z troską: „Myślicie, że bikerzy w ogóle przyjadą, gdy przeczytają, że rowery u nas trzeba wnosić?”. Muszę przyznać, że gdy Weronika wcześniej mówiła o „pushbiking”, sądziłam, że chodzi o problemy z przekładem na norweski określenia „mountainbiking”. Teraz wiedziałam już, że słowo dobrała celowo. Wzruszyłam ramionami: „Zależy od nagrody na zjeździe”. Ścieżka, która wiła się z drugiej strony góry Stornhornet, stanowiła najwyraźniej rzadko używaną mieszankę stromych skał i błota. Drogę tę zbudowali naziści w czasie II wojny światowej. Prowadziła do miejsca, z którego można było obserwować cały fiord.

 

 

 

 

 

Nawet jeśli na trasie w twarz uderzał deszcz i grad, na statku zawsze było ciepło i przyjemnie. Szefowa kuchni do popołudniowej herbaty przygotowywała ciasto, a później był bigos z renifera.

 

Zesztywniali dojechaliśmy tam wyeksponowanym grzbietem górskim, co przypominało trochę taniec pogo na linie. W pewnym momencie szlak przeszedł na zbocze górskie, by przejść w ostre agrafki z wbudowanymi dropami. Jako była mistrzyni Norwegii w zjeździe Weronika elegancko potraktowała gigantyczne stopnie, wszyscy pozostali częściej musieli schodzić z rowerów. Przejeżdżaliśmy przez bagienny, trawiasty krajobraz, potem małe jezioro, by nagle wjechać na nadzwyczajnie płynny fragment niczym z pumptracka. Gdyby ścieżka nie była tak niepodobna do czegokolwiek, można by sądzić, że ktoś ją przygotował. Po przeciwległej stronie fiordu można już było rozpoznać kolorowe domy w stylu secesyjnym Ålesund. Z portu wypływały promy, by zygzakami przecinać błyszczący srebrem Atlantyk. Nasza ścieżka skręcała teraz łukiem w lewo. I nagle stoimy pośrodku czyjegoś ogrodu!

 

Weronika znów niespokojnie patrzy na nas: „I co, podobało się wam?”. Tim Winterburn, jeden z najodważniejszych amerykańskich bikerów, jakich znam, ściągnął swój kask i oznajmił: „To było naprawdę dzikie!”.

 

 

 

Berne sądziła, że „pushbiking” to norweski błąd w tłumaczeniu nazwy „mountainbiking”. Na fiordach naprawdę trzeba jednak pchać rower lub nieść go pod górę.

 

 

 

Berne po małym „kontakcie z glebą”. Warunki pogodowe także sprzęt doprowadzały do granic możliwości.

 

 

Pogoda późnego lata zapewniała dramaturgię.

 

 

Jazda na rowerze górskim oznacza więc w Norwegii czasami wspinaczkę z rowerem. W związku z tym, że często tę samą ścieżkę przemierza się najpierw pod górę, a później podąża się nią w dół, można od razu zapamiętać kluczowe miejsca. „Fiordy to szyld reklamowy kraju, ale do jazdy na rowerze górskim szukamy jeszcze bardziej dopasowanych tras okrężnych” – opowiada nasz przewodnik Euan, który wita nas z powrotem na statku Gåssten. Mocno przywiązujemy rowery do drewnianego pokładu, potem odbijamy i płyniemy, a mrok zapada. Jak na statek mierzący 25 metrów drewniany Gåssten jest bardzo przestronny. Pod pokładem są kabiny, w których może spać dwunastu gości i trzech członków załogi. Do tego jeszcze wyłożony ciemnymi panelami pokój dzienny, dwie łazienki i zadymiona maszynownia. Na górze, na pokładzie, rządzi kapitan Sven i skipper Tash, w kambuzie – szefowa kuchni Izzy i dwoje Szkotów. Gdy pogoda jest ładna, na jedzenie zbieramy się na zewnątrz, ale dziś niewiele widać z fiordów. Gdy o godzinie pierwszej nad ranem osiągamy doki Sylte, błyszczą nad nami gwiazdy, a księżyc odbija się w gładkiej jak lustro wodzie. Na śniadanie wszystko znów wygląda zupełnie inaczej. Nad nami i portem wisi kurtyna z mgły niczym mokry ręcznik. Gdy podnosimy rowery z pokładu, deszcz zaczyna zamarzać w krupy, by chwilę potem znów w postaci kropel uderzać nas w twarz. Balansujemy z rowerami na ramionach na dużych kamieniach. Po stu metrach w pionie mgła na moment znika i pozwala na rzut oka na niebieskie fragmenty fiordu Meeresfinger, sięgającego we wszystkie strony świata. Wtedy nagle ślizgam się na granitowym kamieniu, rower uderza w ziemię, uderzam się w kolano i zauważam, że w tych warunkach udało mi się oderwać z przodu podeszwę w bucie. Kłapie teraz przy każdym kroku. Gdy osiągamy szczyt, mgła ustępuje, do ziemi docierają złote promienie słońca, a potem znów rządzi kolejna mżawka. Pogoda naprawdę troszczy się tu o specjalną dramaturgię. Sztywnymi, zimnymi palcami kreślę coś w księdze szczytowej, później szukam w plecaku termosu z ciepłą, słodką herbatą, który dała nam Izzy. Do tego kanapki z łososiem i serem. Robi się odrobinę cieplej. Później naciągamy rękawiczki, opuszczamy sztyce i ruszamy.

 

 

 

Trafiliśmy na tydzień z rekordowymi deszczami. Dzięki temu wodospady okazały się tym bardziej imponujące.   

 

 

Ślad na skałach przede mną pokryty jest zabarwionymi zielono i pomarańczowo porostami. Ścieżka wije się w dół zbocza, aż znika gdzieś w oddali. Później przyczepna droga na grani zamienia się w błotną wstęgę, z której sterczą pojedyncze „płetwy rekina”. Jakoś wszystko to przejeżdżam. Potem jednak nawet Weronika się zatrzymuje. Przed nami opada w dolinę mokra, kamienna płyta porośnięta jeżynami. Tak daleko, jak mogę spojrzeć, przechodzi w dole we fragment pt. „jeśli upadniesz, zginiesz”. Weronika stwierdza, że tej sekcji jeszcze nigdy nie przejechała bez kasku ze szczęką. Ja sama wolałabym mieć teraz linę i raki. Piękne w takich szokujących sekcjach jest to, że wszystko, co po nich nastąpi, wydaje się być flow. Stopnie, mokre korzenie, strome agrafki – na pozostałej części trasy problemów nie było. W doku Sven i Tash czekają już ze szlauchem. Najpierw zmywam błoto i igły choinek z roweru, a następnie z siebie. Niewiele później, po gorącym prysznicu, przyjemnie zmęczeni siedzimy już przy bigosie z renifera z borówkami przygotowanym przez Izzy, pochylamy się nad łososiem w cieście i wylizujemy łyżki po crème brûlée ze świeżymi malinami. Dokładamy do tego wino, bo jutro żeglujemy statkiem tylko przez norweski cud przyrody fiord Geiranger. Sven obiecuje, że z powodu rekordowych deszczy w ostatnich dniach wodospady pokażą, co potrafią. „Potem i ścieżki będą łatwiejsze” – dodaje Tash. Co prawda sama nie jeździ na rowerze, ale przepłynęła żaglówką przez Atlantyk, była też członkiem pierwszej narciarskiej ekspedycji kobiecej na szczyt Denali. I rzeczywiście, w Molde trafiliśmy nawet na miejscowych bikerów i sztuczne trasy, a najwyższy punkt Sjurvarde zdobyliśmy, jadąc! Być może jednak po prostu przyzwyczailiśmy się do surowych, norweskich ścieżek.

 

 

 

W Ålesund ekipa spędziła drugą noc na kotwicy. Tash kolejnego ranka drugą łodzią zawiozła nas do Valldal Dock.

 

 

 

Widok w Alpach Sunnmøre jest praktycznie nienaruszony.

 

 

Kolarzy górskich można tu spotkać jedynie w weekendy.

 

 

 

 

INFO NORWEGIA BIKE & SHIP

REGION Statek krąży wzdłuż wybrzeża środkowej Norwegii, między Trondheim i Bergen. To tu znajdują się najpiękniejsze widokowo fiordy, otoczone niezliczonymi szczytami sięgającymi 1000 metrów. Podczas gdy w ramach wypraw skitourowych można z portów wdrapać się praktycznie na każdą górę, wybór tras rowerowych jest jeszcze ograniczony. Często dostępna jest tylko jedna piesza ścieżka do szczególnie malowniczych szczytów. Trasy te są zwykle bardzo kamieniste i prowadzą stromymi agrafkami stokami pozbawionymi drzew. Dlatego pod górę nie da się uniknąć pchania lub noszenia, a z góry potrzebna jest odpowiednio dobra lub bardzo dobra technika jazdy. Eldorado dla fanów przygody na łonie dzikiej przyrody i wspinających się z rowerem! W Molde, na północ od Ålesund, istnieje większa grupa fanów MTB. Około 50 osób troszczy się o uprzątnięcie ze ścieżek co większych kamieni, a nawet wyznacza nowe ścieżki. Jest też kilka niespecjalnie stabilnych northshorów z drzewa brzozowego. Największe flow mają trasy wokół Sjurvarden. Tu co prawda szutrowe ścieżki także są strome, ale da się na nich podjechać aż do szczytu. Zjazdy wymagają umiejętności technicznych, skutkują wyrzutem adrenaliny.

 

STATEK Gåssten to liczący 25 metrów drewniany statek. Został zbudowany jako poławiacz min w Szwecji i używany był na Morzu Bałtyckim. Obecnie pływa nim szkocki zawodowy narciarz Sven Stevart, wożąc narciarzy i kolarzy po norweskich fiordach. Statek ma w sumie miejsce dla 12 gości.

 

NAJLEPSZY CZAS NA PODRÓŻ Pogoda jest najbardziej stabilna od czerwca do sierpnia, a dni szczególnie długie. Trasę Bike & Ship można jednak zarezerwować aż do października.


TRASA Cała wyprawa, włącznie z transportem z lotniska, przewozami, przewodnikami i pełnym wyżywieniem, z piwem i winem do posiłków, kosztuje na osobę ok. 20 000 złotych. Info: H+I Adventures, mountainbikeworldwide.com

 

 

Niesamowicie zlokalizowane miasteczko Alesund - widok z punktu widokowego pozostaje w sercu na całe życie.

 

 

Artykuł ukazał się w BIKE 5/2017, wydanie elektroniczne tutaj

Komentarze do artykułu