ZEW NATURY. ,,Welcome to Alaska”

Kalifornijczyk Andrew Taylor, zafascynowany dramatem „Into the Wild”, kupił starego szkolnego busa, zapakował swoje rowery i wyruszył w liczącą 5000 kilometrów podróż, by zobaczyć miejsce akcji filmu – Alaskę.



Dobry film wymaga dużego ekranu. Powierzchni, na której będzie można pokazać obrazy, fabułę, dramaty, happy end.

Wszystko zaczyna się od białego ekranu. Jest tam, zanim zacznie się film. Początek, jeśli się tego chce, i jednocześnie koniec.
Szkolny autobus, który odkryłem pewnego szarego poranka, był żółty, a nie biały. Czułem jednak, że to biały ekran, dzięki któremu wreszcie będzie mogło spełnić się moje wielkie marzenie. Roadtrip na Alaskę, miejsce akcji „Into the Wild”, w którym młody chłopak, Christopher, rezygnuje ze wszystkiego co materialne, by żyć w starym szkolnym autobusie wśród surowej dziczy Alaski. Z Kalifornii na Alaskę jest ponad 5000 kilometrów. To wielkie wyzwanie, jeśli wykluczy się podróż samolotem. Droga jest celem, mówi stare porzekadło. Dlatego chciałem każdy wspaniały singiel, wijący się przez krajobraz wzdłuż trasy, wziąć pod koła moich rowerów. Tyle marzenia. Niestety, stary zniszczony autobus, który stał przede mną, nie sprawiał wrażenia, jakby był w stanie przejechać nawet kilometr więcej. Ford z 1994 roku. Wersja kompaktowa. Przez ponad dwadzieścia lat codziennie przewoził dzieci. W śniegu, deszczu, upale. Trzeba było wywalić ze środka wszystko. Gdy bus w końcu stał kompletnie wybebeszony, miałem przed sobą biały ekran, jaki sobie wyobraziłem. Początek mojego całkiem osobistego filmu przygodowego.


Trzy miesiące później, letni poranek z niebem bez chmur. Opieram się swobodnie o tapicerkę fotela kierowcy i nie jestem jeszcze w stanie tego pojąć. Silnik mruczy. Mój pojazd ekspedycyjny jest wypakowany wszystkim, co potrzebne na sześciotygodniową wyprawę. Przede mną 5000 kilometrów. Także autobus zdaje się nie móc doczekać celu podróży. Z punktu widzenia kierowcy maska silnika kilometr za kilometrem łyka autostradę. Tak też musiał czuć się bohater „Into the Wild”, gdy wyruszył swoim starym Datsunem, by w końcu poczuć się wolnym. Również mój plan zostawiał miejsce na spontaniczność. Szpilki znaczące przystanki wbiłem z grubsza koło Humbold, Ashland, Whistler i Whitehorse. Wszystkie miejsca otoczone gęstą siecią ścieżek, które chciałem poznać dzięki zaprzyjaźnionym tubylcom. Reżyser nazwałby to zapewne przygrywką. Powolne zbliżanie się do punktu kulminacyjnego filmu, gdy nikt jeszcze dokładnie nie wie, dokąd zmierza. Nawet jego bohater.


Po czterech tygodniach znalazłem się w końcu na granicy Alaski. „Welcome to Alaska. Gateway to the 49th State” – widniało na olbrzymim drewnianym banerze. Czułem wewnętrzne podniecenie, które od czasu do czasu mieszało się z uczuciem euforii. Od miesiąca byłem już w podróży. Przejechałem przez całą Kanadę, na rowerze zaliczyłem setki mil singli. Stałem na samotnych szczytach i zawarłem niezliczone znajomości. Przeżyć wystarczyłoby na książkę. Teraz stało się jednak jasne, że co prawda osiągnąłem cel mojej podróży, ale właściwa przygoda dopiero się zaczyna. Magiczny moment!

Alaska, ku mojemu zdziwieniu, zaprezentowała się dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałem. Surowe, nienaruszone krajobrazy. I brak ludzi, jak okiem sięgnąć. Na Alasce nie trzeba szukać dzikości, jest się automatycznie w samym jej środku. Tak jak w Kalifornii szuka się samotności, tak tu szuka się zamieszkanych miejsc. Zaledwie 700 000 mieszkańców przypada na powierzchnię 1,7 mln kilometrów kwadratowych! Alaska zaliczana jest do najrzadziej zamieszkanych obszarów świata. Co stało się dla mnie jasne, gdy znalazłem się pośród rozległej zieloności.
W wielu zakątkach krajobrazu człowiek prawdopodobnie jeszcze nigdy nie postawił stopy. Prawdziwy cel marzeń bikerów. Jednak myśl, by samotnie pedałować tu przez dzicz, ma w sobie coś nieprzyjemnego. Bohater „Into the Wild” nie wrócił. Być może trzeba się trochę zaaklimatyzować, zanim się odważę stąpnąć w otchłań. Mieścina Fairbanks była odległa o zaledwie kilka godzin drogi. Pozostało ją odwiedzić.

Choć wielu ludzi mówiło mi, że Fairbanks z punktu widzenia fana MTB nie jest zbyt rozwinięte, byłem ciekawy, co mnie tam czeka.

 

Andrew pokonał busem 10 000 kilometrów, równie potężna była długość przejechanych singli.

 

 

Połów, jak kiedyś robili to Indianie Tanana. W Cantwell Andrew upolował grubą sztukę.

 

 

Małe wzmocnienie pod czystym niebem, a potem w drogę.

 

 

Brzozowe zagajniki wokół Fairbanks, wbrew wszelkim oczekiwaniom, okazały się ścieżkowym rajem.

 

Gmina licząca 30 000 mieszkańców położona jest 190 km poniżej koła podbiegunowego. Przez większą część roku leży tu śnieg. Nie była to najlepsza prognoza na jazdę, pomyślałem, gdy zaparkowałem przed miejscowym sklepem rowerowym. Ledwie zdążyłem wysiąść, a już dotarło do mnie donośne „Hey”. Dwa dzieciaki, śmiejąc się, podbiegły do mnie. Emmett (15) i Garrison (13). Zwariowane na punkcie rowerów rodzeństwo, które zmusiło matkę do zawrócenia, gdy zobaczyło mój autobus. Na pytanie, czy pokażą mi miejscowe trasy, natychmiast się zgodzili. Co miałem powiedzieć? Gdyby moja wyprawa była naprawdę filmem, Emmett i Garrison mieliby szansę na Oskara za role drugoplanowe. Przez całe popołudnie prowadzili mnie ścieżkami wokół Fairbanks. Co było dla mnie niespodzianką, zjazdy, przypominające bike park, na terenie narciarskim Birch Hill i fantastyczne trasy flow przez brzozowe zagajniki Ester Dome Fairbanks, wysoko ustawiły poprzeczkę całej wyprawie na Alaskę już na samym jej początku. Przez kilka kolejnych dni wyszalałem się wśród brzozowych zagajników, potem przyszedł czas na kolejny rozdział mojej przygody. Pożeglowałem autobusem na południe, do Cantwell.


Zanim na Alaskę przybyli pierwsi osadnicy, teren ten był zamieszkany przez Indian z ludu Tanaka, zajmujących się polowaniem i łowieniem. Łowienie ryb zawsze mi się podobało, a jeśli znalazłem się już w tak słynnej okolicy, nie mogło zabraknąć oczywiście tego doświadczenia. W Healy, gdzie chciałem spędzić kolejne dni, znalazłem to, czego szukałem. Mike Komperda, konkretny gość, ekspert od polowania na muchy. Zamówiłem go jako przewodnika. I, nieziemski przypadek, jakby za reżyserię były odpowiedzialne nadprzyrodzone moce, okazało się, że Mike również mieszka w szkolnym autobusie, przynajmniej latem, zaparkowanym w idyllicznym miejscu tuż nad wodą. Na kolejne dni zostałem jego sąsiadem. Dokładnie o zmroku został zbudowany mój obóz. Siedząc przed busem, z widokiem na majestatyczne górskie tło, podziwiałem barwny spektakl, który się przede mną rozgrywał. Niczym nieziemskie LED‑y fiolety i niebieskości mieszały się ze sobą, aż nad głową rozbłysły dumnie gwiazdy. Jakby ten pokaz świetlny nie był jeszcze wystarczająco efektowny, nagle coś zapaliło się nad moją głową, czego jeszcze nigdy nie widziałem, zorza polarna. Tańczące, zielone smugi światła, które w swojej doskonałości zdawały się niemal nierzeczywiste. Pierwsze tego roku, jak wyjaśnił mi kolejnego ranka Mike. Moment tak intensywny jak pierwszy spływ Christophera po wzburzonej wodzie w „Into the Wild”. Trochę jak odtrutka. Wspaniałe uczucie, gdy stres i napięcie opuszczają ciało. Gdy stapia się w jedno to, co do siebie należy. Człowiek i natura.

 

  

Ogień, krzesło campingowe i nogi zmęczone kilometrami. Nic więcej nie jest potrzebne, by czuć się szczęśliwym.

 

 

Andrew potrzebował trzech miesięcy, by przebudować stary autobus szkolny na wygodne, toczące się mieszkanie.

 

 

Autobusem w dal. By z Kalifornii dotrzeć na Alaskę, Andrew musiał między innymi pokonać Kanadę.

 

 

Kolejny dzień. Z mieszanką oczekiwania i lęku skręcam w szlak 4x4, który znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie kempingu. To nie jest jakaś trasa 4x4, ale szlak prowadzący do autobusu z „Into the Wild”. To, że film bazuje na prawdziwych wydarzeniach, sprawia, że widoki są jeszcze bardziej przejmujące. Bohater filmu Christopher McCandles, student z zamożnej rodziny, z powodów osobistych udaje się w podróż przez USA w poszukiwaniu samego siebie. Z każdym dniem czuje się coraz bardziej wolny i szczęśliwszy. Wreszcie rozdaje wszystkie swoje dobra materialne i wyrusza na Alaskę, gdzie z Fairbanks udaje się do Parku Narodowego Denali. Pokonany przez piękno natury postanawia spędzić zimę w porzuconym, starym autobusie liniowym, który znalazł na pustkowiu. Film był inspiracją mojej podróży. To wspaniałe zostawić na tej ścieżce kilka śladów opon. Tęsknota do życia na łonie natury jest zakorzeniona w każdym człowieku. Niektórzy przypuszczają tylko, że tam jest. W innych się ujawnia. Mięśnie, refleks, psychika, wszystko zostało po to stworzone, by przeżyć wśród natury. Codzienność sprawia, że to zanika. Jednak tu, na zewnątrz, z dala od cywilizacji, człowiek czuje, że żyje.

 

 Jazda po terytorium łosi. Nie jest trudno je spotkać.

 

Alaska zaliczana jest do najrzadziej zamieszkanych obszarów na świecie. Ścieżki kończą się po prostu nigdzie, niektóre wycieczki mają więc nagle charakter wyprawy odkrywczej.

 


Jest tuż przed południem, gdy z zamyślenia wyrywa mnie szmer rzeki. Mostu nie ma w zasięgu wzroku. Tylko płynąca, głęboka woda. Przeprawa niemożliwa. Powoli zaczynam naprawdę wierzyć, że siła wyższa przejęła reżyserię. Dla bohatera filmu dokładnie taka rzeka stała się przeszkodą. Gdy osłabiony i wygłodniały próbował wrócić do Fairbanks, rzeka Teklanika, która przybrała za sprawą roztopów, stała się nie do przebycia.

Teraz stoję nad nią. Oddalony o 5000 km od ojczyzny, w jednym z najbardziej wyludnionych krajobrazów tej planety, tuż przed moim wielkim celem. W rękach rower high‑end, który radzi sobie w najtrudniejszym terenie. I mimo tego nie jestem w stanie ruszyć się nawet metr dalej. To demonstracja siły natury w starciu z człowiekiem i techniką. Długie minuty tkwię w miejscu, wędrując od zwątpienia do szczęścia. W filmie towarzyszyłby temu w tle sentymentalny motyw muzyczny. Ostatnie, tęskne spojrzenie na odległe ściany Mt. Denali, niegdyś McKinley (6190 m n.p.m.), najwyższej góry Ameryki Północnej. Potem jadę z powrotem do autobusu. Czas na finał.

 

Alaska na mapie wydaje się być potężna, ale zważywszy na teren, po którym da się jeździć, znacząco się kurczy. Ciekawe miejsca dla fanów MTB trafiają się rzadko, ale, jeśli już, to otoczone mityczną sławą. Słynną rampę w okolicy Healy widziałem już przed laty na fotografii. Zbudowało ją dwóch typów, czyli Kelly McGarry i Eric Porter. To jasne, że chciałem ją wypróbować. Było potrzebne kilka drobnych napraw, by móc na nią wjechać. Rampa przypomina park BMX, ale jest niczym naturalny basen, z którego wypompowano wodę. Powstała jedna z najlepszych sesji całej wyprawy. Perfekcyjne ukoronowanie mojej trasy. Zawróciłem w kierunku domu. Moment ten miał w sobie coś duchowego i jednocześnie tęsknego. Do Kalifornii miałem 5000 km. Silnik autobusu mruczał monotonnie. Powoli, całkiem powoli, nadchodząca noc wysysała kolory dnia. Niczym ciężka, szara kurtyna, zasłaniająca ekran po dobrym filmie.

 

 

INTO THE WILD

Historię 22‑letniego Christophera McCandles reżyser Sean Penn przeniósł na ekran w 2007 roku. Scenariusz bazuje na prawdziwych wydarzeniach, które wcześniej spisał autor bestsellerów John Krakauer. McCandless (zagrany w filmie przez Emile’a Hirscha) spędził zimę na Alasce w starym autobusie i zmarł po tym, jak wezbrana rzeka zagrodziła mu drogę z powrotem do cywilizacji.

 

Artykuł ukazał się w numerze 7/2017 Magazynu Bike, wydanie elektroniczne dostępne TU

 

Komentarze do artykułu