Porzuceni… w kanadyjskiej dziczy

Wyobraź sobie, że zostajesz sam. Wokół ciebie góry, jeziora i las. Twoje zadanie – musisz w ciągu trzech dni dotrzeć z Chilcotins do cywilizacji. To się nazywa marzenie!



Mruczenie motoru Havillanda Beaver z 67. roku brzmi niczym muzyka w moich uszach. Najchętniej po prostu zdjąłbym słuchawki. Wówczas jednak nie rozumiałbym pilota, a interesuje mnie, jak nazywają się góry, nad którymi właśnie przelatujemy. Turkusowa wstęga między górami o barwie ochry, tam w dole, nazywa się Tyaughton Creek, a w lewym oknie miga właśnie zaśnieżony szczyt Mount Sheba. Wkrótce przelatujemy nad charakterystycznym łańcuchem górskim i zanim w dolinie znów błyśnie turkusowa wstęga Lorna Lake, docieramy na lądowisko. Osiadamy niczym na wacie. Widzę pływaki małego samolotu przecinające wodę, aż zwalniamy i lekko się bujając, przybijamy do małego, drewnianego pomostu. Doświadczone ręce wyciągają rowery i plecaki z przestrzeni bagażowej, później pilot znów uruchamia zapłon i Beaver odlatuje. Zostajemy sami… W samym środku naszej przygody w Chilcotins.


Ross Measures i ja dotarliśmy do Tyax Wilderness Resort & Spa późnym wieczorem poprzedniego dnia. Tam Anthony Bonello i nasz szwedzki fotograf Mattias Fredriksson siedzieli już przy dużym palenisku na środku chaty i ślęczeli nad mapą ścieżek.

 

Pozostawieni nad Lorna Lake, pośrodku południowych Chilcotins. Lot starym Beaverem trwa godzinę, wyprawa z powrotem do Tyax Lodge trzy dni. I to w 100 procentach singlami.

 

Już sam lot Havillandem Beaverem z 67. roku to przeżycie historyczne i nie do porównania z prozaicznym lotem helikopterem. W inny sposób trudno byłoby dotrzeć w odcięte od świata kanadyjskie Chilcotins.

 

 

W ciągu trzech dni chcieliśmy nawigować z powrotem od Lorna Lake do Tyax, i to tylko po najlepszych ścieżkach Chilcotins. Spać i jeść mieliśmy w trasie, w obozach, które organizator Tyax Adventures specjalnie wybudował na podobne wyprawy. Głowa tej firmy to Dale Douglas. Przysadzisty Kanadyjczyk w połowie lat 90. sam pokonywał Chilcotins na rowerze. Miał już papiery pilota, gdy podczas jednej z wypraw hydroplanem odkrył Tyaughton Lake i wpadł na pomysł, by oferować gościom hydropłatowo‑rowerowe wyprawy. Od 1999 roku Dale zostawia bikerów z całego świata nad Lorna Lake i zaopatruje cztery obozy wzdłuż sieci szlaków.

 

Ogarnia mnie niemiłe uczucie. Jesteśmy na brzegu Lorna lake, samolot znika za górskim łańcuchem, a ja nie mogę odkryć żadnych śladów ludzkiej cywilizacji. Tylko las, ponad nim góry w kolorze ochry i woda w postaci jezior i mniejszych rzek. Nie ma nawet słupów, które zawsze gdzieś przecinają krajobraz. Nic! „Są jednak jakieś ślady ludzi, to ścieżki!” – Anthony wyrywa nas z letargu. Kanadyjczyk mieszka w Whistler i nieźle zna też Chilcotins. Dlatego przyjmie rolę naszego przewodnika. Zelektryzowani przygodą, która nas czeka, skręcamy rowery i wsiadamy na nie. Ruszamy! Nasz dzisiejszy cel to Bear Claw Camp. Znajduje się zaraz za przełęczą Lorna, w sąsiedniej dolinie. W związku z tym jednak, że jesteśmy bardzo spragnieni przygody, postanawiamy, że pojedziemy trochę wzdłuż Big Creek i pokonamy dopiero przełęcz Elbow, by dostać się do sąsiedniej doliny. Na początku ścieżka wśród zarośli jest trochę trudna do rozpoznania, musimy też po raz pierwszy ściągnąć buty i przenieść nasze rowery przez lodowatą wodę Big Creek sięgającą kolan. Oczywiście nie ma tu mostów. Jesteśmy tak zaczarowani naturą i okolicą, że przegapiamy główną ścieżkę prowadzącą do przełęczy Elbow. Nagle kroczymy po dywanach z mchów, prowadzących nas do superstromego zbocza pokrytego kamieniami.

Dopiero po 400 metrach w pionie docieramy do drogi na przełęczy, która okazuje się być wspaniale zdatna do jazdy. W tym momencie jest dla mnie jasne, jak będą wyglądać kolejne dni. Każdy z osobna w naszej małej grupie jest małym masochistą. Zgodnie z motto – im większe trudności, tym lepiej. Mimo tego cieszymy się z niespodziewanie łatwych zakrętów ścieżki prowadzącej do Bear Claw Camp. Prowadzi Ross, powiewając kurtką na wietrze. Coraz odważniej składa się w zakręty, nie wiedząc, co czeka za nimi. To jedna z takich złotych ścieżek, które po prostu płyną i nie chcą się skończyć. Ścieżki zostały kiedyś wydeptane przez Indian. Sieć dróg rozbudowały karawany poszukiwaczy złota i myśliwych. Każdy fan westernów wie, że dochodziło wówczas do krwawych konfliktów. W dolinie Graveyard można jeszcze zobaczyć sporo pozostałości z tamtych czasów.

 

100% ścieżek oznacza oczywiście także pchanie pod górę, jak i czasami noszenie. Stare indiańskie ścieżki tak naprawdę zostały przygotowane dla koni. Jednak szansa, by gdzieś w Chilcotins trafić na innego podróżnika, jest równa szansie na spotkanie grizzli. A tego ostatniego należy unikać, prewencyjnie hałasując i głośno śpiewając.

 

 

Szczęśliwi aż po końce włosów wkraczamy do chatki w obozie Bear Claw. Prowadząca ją Dallas serdecznie nas wita i podaje kubki z dymiącą kawą oraz przegryzki z suszonym mięsem. „Mogę wam też przygotować kilka hamburgerów ze słoniną!”. Dziękujemy, nie ma zbyt wiele czasu do kolacji.

 

 

Podjazd do przełączy Deer na wysokości 2330 m n.p.m. to kombinacja terenu wciągająco‑stromego i skalnych sekcji wnoszenia. Do tego mocny wiatr smaga nas po twarzach niczym miotła. Tuż poniżej grzbietu Sheba znajdujemy skalny występ, który daje schronienie przed wiatrem. Potrzebujemy tylko kilku minut, by odpocząć od szarpania. Dokładnie wtedy, gdy rozpakowujemy prowiant, wiatr zmienia jednak kierunek i znów nas atakuje. Ross próbuje jeszcze złapać swoją kurtkę… Za późno. Unosi się pionowo ku górze, wiruje w podmuchach wiatru i opada wreszcie 200 metrów niżej na drzewie. Wygląda na to, że Ross po raz drugi przeżyje ten fragment pieszej wspinaczki. Pozostałe metry w pionie do przełęczy Deer znów da się jechać. I choć cały czas musimy walczyć z ostrym wiatrem, wreszcie przychodzi moment, że rozpościera się przed nami licząca pięć kilometrów wstęga w kierunku Upper Gun Creek.

750 metrów w pionie i zakręty po piasku najwyższej jakości. Na granicy lasu wiatr trochę słabnie, a parę promieni słońca przebija się przez chmury. Na dole mijamy Trigger Camp, bo jesteśmy pewni, że jeszcze dziś jesteśmy w stanie dotrzeć do Spruce Lake. Poziom wody w Gun Creek jest niski, tym samym możemy jechać chroniącą przed wiatrem doliną. Przebieg ścieżki dostarcza jednak emocji. Najpierw jedziemy przez krainę traw, potem trawersujemy stromą ścianę z luźnych kamieni. Tu ścieżka ma szerokość niewiele większą niż stopa, a każdy poślizg będzie oznaczał kąpiel w Hummingbird Lake dziesięć metrów niżej. Między Gun Creek i Spruce Lake, na tak zwanej „Potato Path”, trafiamy nagle w intensywne barwy lasu brzozowego. Ścieżka wije się wśród drzew.

 

Najwyższe szczyty Chilcotins mają 3000 metrów wysokości. Ponieważ jednak doliny leżą na rodzaju płaskowyżu, do przełęczy jest zwykle tylko 600–1000 metrów podjazdów. Przenocować i jeść można w czterech obozach, zlokalizowanych wzdłuż sieci ścieżek.

 

 

 

W nocy o dach naszego obozu uderzają krople, a ściany namiotów pod wpływem wiatru poruszają się w tę i z powrotem. Także prognoza pogody na kolejny dzień nie wygląda dobrze. Pojawia się więc pytanie, jaką trasę powinniśmy wybrać na ostatni dzień – dolną, przez Gun Creek, która z powodu opadów może być dość błotnista, czy też wersję alpejską przez przełęcze Windy, El Dorado i Camel. Decydujemy się na wariant górski. Co tam deszcz, jesteśmy tu przecież z powodu legendarnych ścieżek. Ale, jak to zwykle bywa, wiatr znów jest ostry, a już na drugiej przełęczy koło uszu latają nam płatki śniegu. Nie świętujemy więc na górze zbyt długo i rzucamy się ku ścieżkom w dół. Te, jak obiecywano, dają wielką przyjemność. Podobnie jak skok do gorącej kąpieli na końcu dnia w Tyax Lodge. A gdy ciepło wraca do ciała, mamy już pewność – znów chcemy do dziczy!

 

 
Bajeczna sceneria, ścieżki sprawiające frajdę, ale o wszystkim i tak decydowała pogoda. Najpierw przeżyliśmy huraganowy wiatr, potem śnieg. Gdy więc pod koniec dnia docieraliśmy do obozu, nasze szczęście nie znało granic.

 

 

 

 

INFO

 

REGION Chilcotins to masyw górski stanowiący część Coast Mountains w kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska. Duża część tych gór znajduje się pod ścisłą ochroną. Oznacza to tyle, że nie można budować większych domów czy dróg, ale dozwolone są sportowe aktywności, takie jak jazda na rowerze, wędkarstwo, wędrówki, obozowanie czy jazda konna. Opisana tu trzydniowa trasa prowadzi przez południowe Chilcotins i strefę ochrony przyrody Spruce Lake, 200 km na północ od Vancouver. Nazwa Chilcotins pochodzi od nazwy plemienia Indian, które kiedyś zamieszkiwało ten teren. Do momentu, aż biały człowiek w XIX wieku odkrył pierwsze pokłady złota.


DOJAZD Z Europy najwygodniej jest dolecieć bezpośrednio do Vancouver (ok. 9 godzin lotu, np. z Frankfurtu), dalej busem do mekki ścieżkowej Whistler. Z pobliskiego jeziora mogą startować samoloty do Chilcotins. Kto wykupi pakiet wyprawowy, transport samolotem będzie miał już wliczony.

 

 

TRASA Najwyższe szczyty południowych Chilcotins sięgają 3000 metrów. W związku z tym, że także jeziora znajdują się na czymś w rodzaju płaskowyżu, przełęcze można osiągać po wspinaczce nieprzekraczającej 1000 metrów. Ale wyłącznie po ścieżkach, nie ma tu dróg szutrowych ani asfaltów. Tym samym praktycznie każdy podjazd połączony jest z pchaniem lub noszeniem. Człowiek przemieszcza się w 100% po ścieżkach prowadzących od jeziora do jeziora. Albo dolinami, gdzie regularnie trzeba przekraczać rzeki, albo wybiera wariant alpejski przez przełęcze, z widokiem na szczyty pokryte lodowcami i ze zjazdami po ścieżkach. Większość ścieżek jest wycięta w podłożu piaskowym lub leśnym, wystarczają przeciętne umiejętności techniczne.

 


ŚWIAT ZWIERZĄT Meszki i czarne muchy (blackflies) prześladują podróżników na trasie. Nie jest się od tych spijaczy krwi wolnym nawet na przełęczach. Dlatego koniecznie trzeba się wcześniej smarować kanadyjskim środkiem „Bug Repellent”. Z europejskich repelentów tutejsze owady się śmieją. Większe niebezpieczeństwo stanowią niedźwiedzie grizzli, liczne w Chilcotins. Dlatego bardzo ważne jest, by jedzenie i np. pastę do zębów chować na noc bez dostępu powietrza i możliwie daleko od obozowiska. Jeśli ktoś w trasie trafi na tropy niedźwiedzi, powinien zniechęcać zwierzaka do spotkania przez głośny śpiew czy też za pomocą dzwonka na niedźwiedzie.

 

NOCLEGI Kto wybiera się do Chilcotins na własną rękę, musi zabrać namiot i całe zaopatrzenie. Kto zarezerwuje miejsce na wyprawę w Tyax Adventures, może nocować w czterech obozach wzdłuż trasy, znajdzie tam też zaopatrzenie. Śpi się tu na rozkładanych łóżkach w namiotach. Do tego można zarezerwować przewodnika albo tylko zamówić ślady GPS trasy. Cena trzydniowej wyprawy, włącznie z wyżywieniem, wynosi od 500 euro (lot samolotem dodatkowo!).
Info: tyaxadventures.com

 

Artykuł ukazał się w numerze 8/2016 Magazynu BIKE, wydanie elektroniczne dostępne jest TU