Dolina Bobru

Latarnia morska, perła, dzikie anemony, Danny MacAskill, most do góry nogami i kluski śląskie. Jeśli nie masz ochoty na długie dystanse, ale czujesz potrzebę wyjścia na rower, jeśli… hmm… twoje konto na Instagramie przeżywa regres, zrób sobie naszą wycieczkę.



Miejscem startu i mety będzie Hirschberg Im Riesengebirge, inaczej Hiršberk. Znasz? Musisz znać! To rodzinne miasto Mai Włoszczowskiej, czyli Jelenia Góra.


Zaczynamy z centrum. Jest rześko. Tydzień wcześniej kąpaliśmy się w słońcu na otwarciu sezonu na Trasach Enduro Srebrna Góra, teraz znów pakujemy się w kurtki i długie nogawki. Pogoda dodaje naszej wyprawie dramatyzmu. W plecaku Canon, w jednej kieszeni telefon, w drugiej GoPro, w trzeciej chusteczki, w czwartej kasa na kawę. No dobra, na dwie kawy. Mamy dwa Whyte’y: T-130 RS na kołach 27,5” ze skokiem 130 mm i T-129 RS na kołach 29”. Na tych konkretnych modelach jedziemy pierwszy raz w życiu i jeszcze nie wiemy, czy je lubimy. Sprawdzimy!

Nad Jelonką przykucnęły Karkonosze: czarne, bazaltowe, ponure. Nie bywam tu często i jeszcze nigdy nie widziałam Karkonoszy migoczących świeżą zielenią, rozśpiewanych kosami… To Beskidy wiosną wyglądają jak porośnięte brokułami i sałatą, wszędzie oszalałe słońce odbija się od listków i drażni gąsienice i muchy. Karkonosze są poważne, dowcipy o bacy i turyście ich nie śmieszą, przycupnęły jak Buka i patrzą na jasną, ciepłą Jelenią otuloną delikatnym smogiem, jakby chciały na niej usiąść, by ogrzać swoje skamieniałe cielsko. Dziś nie jedziemy w Karkonosze. Zostawiamy też w spokoju łypiące na nas z boku swymi kolorowymi jeziorkami Rudawy Janowickie. Rudawy kiedy indziej...

 

 

Whyte T-130 RS na kołach 27,5” ze skokiem 130 mm.

 

START

Drapiemy się na Wzgórze Krzywoustego. Oczywiście to żadne drapanie, górka jest niewysoka, w Beskidach byłby śmiech, w Karkonoszach tym bardziej. Na szczycie czeka nas pierwsze zaskoczenie. Wieża Grzybek, latarnia morska 500 kilometrów od morza! Instagram, zdjęcie pierwsze: kolarz pod wieżą. Jak krasnoludek w pstrej opończy enduro przycupnięty pod Grzybkiem... Na szczyt wieży da się wejść, nie ma kasy, opłat, strażników, przewodników. Instagram, zdjęcie drugie: wnętrze spiralnej klatki schodowej Grzybka. Światła i cienie, owalna dusza schodów, secesyjne poręcze, dziesiątki stopni i  rowerzysta w plamie światła u podnóża.
Z wieży widać kawałek miasta i korony szarych buków porastających park na wzgórzu. Na początku kwietnia są wciąż łyse i prześwitują między nimi ścieżki. Mikroskopijny kolorowy kolarz wśród potężnych drzew – Instagram, zdjęcie trzecie.

 

 

Jesteśmy we wnętrzu spiralnej klatki schodowej Wieży Grzybek. Światła i cienie, owalna dusza schodów, secesyjne poręcze, dziesiątki stopni i rowerzysta w plamie światła u podnóża.

 

Na początku kwietnia są wciąż łyse i prześwitują między nimi ścieżki. Mikroskopijny kolorowy kolarz wśród potężnych drzew.


BÓBR

Zbliżamy się do rzeki. Bóbr, jak na górską rzekę, jest tutaj całkiem szeroki. Nurt, wcale nie leniwy, opływa setki głazów. Głazy i skały ciągną się też wzdłuż koryta. Podążamy asfaltową ścieżką razem z rzeką. Las na brzegu jest wilgotny, szemrzący kropelkami spływającymi po łysych jeszcze gałązkach, między drzewami pojawiają się białe zawilce. Ścieżka zabezpieczona żółtymi barierkami nie jest stroma, czasem zakręci przyklejona do skalistego zbocza. Zdjęcie czwarte – rekord na Instagramie, uśmiechnięta kolarka na wąskiej ścieżce i podpis o przedniej przerzutce,
o której wszyscy powoli zapominamy. Bardzo szybko docieramy do Perły Zachodu – starej niemieckiej restauracji z tradycjami, położonej na stromym zboczu w zakolu rzeki, zwanego Jeziorem Modrym. W dół zbocza prowadzą strome betonowe schody. Z tarasu restauracji ustawiam kadr: schody, kolarz na schodach, nachylenie, dramaturgia.
Schody są jednak tak strome, że dojrzały skład redakcji rezygnuje ze zjazdu. Zamiast tego robimy ujęcie spokojnego nurtu Bobru i przerzuconej przez niego zapałeczki – kładki dla pieszych. Rdzawy kolor kładki pięknie kontrastuje z zielonkawy wodą rzeki. Kolorowy punkt na moście dopełnia kompozycji (Instagram – 168 lajków, nieźle!)
Należy się kawa. Siedzimy chwilę na  zewnątrz, podziwiając widok. Spotykamy parę na elektrycznych rowerach dyskutującą o wyborze trasy. Nasze rowery do tej pory nie miały okazji pokazać, co potrafią. Na razie podróżujemy jak turyści i moglibyśmy jechać na składakach Wigry. Czuję niedosyt i udaję, że kawa mi to rekompensuje. Szybki zjazd asfaltem do Siedlęcina, gdzie wpadamy na średniowieczną wieżę z XIV wieku i przekraczamy Bóbr.

 

 

 

Kolorowy punkt na moście dopełnia kompozycji (Instagram – 168 lajków, nieźle!)

 

WJEŻDŻAMY W TEREN

Początkowo droga jest błotnista, potem zmienia się w pokrytą igliwiem leśną ścieżkę. Spotykamy zaparkowane wzdłuż rzeki skuterki wędkarzy. Im dalej w las, tym mniej wędkarzy i rzadziej pojawiają się skuterki. Chwilę później jesteśmy w dziczy. Las jest piękny. Zaczynają się drobne podjazdy, wykres wysokości na Stravie, jak szczeniaczek, zaczyna szczerzyć ząbki. Mój Whyte nie lubi błota i nie lubi podjazdów. Opona z tyłu jest prawie łysa i nadaje się chyba tylko na jazdę po szutrowych drogach wzdłuż wałów Dunaju. Dunajec by ją pokonał. Każda próba wspinania się na bardziej stromy fragment terenu kończy się uślizgiem tylnego koła i utratą siły napędowej. Geometria roweru też nie sprzyja wspinaczce. Rower jest długi, „wysoki” z przodu i trudno zawisnąć nad kierownicą. Nie ma w ogóle sportowego zacięcia, a takie zacięcie przydaje się na górskich technicznych podjazdach. Jest komfortowy na płaskim i bezużyteczny w trudniejszym terenie. Po zmianie opon na bardziej agresywne powinien poradzić sobie na zjazdach (Edit: na zjazdach radzi sobie dobrze, dzień później, zjazd z Karpacza Górnego do Sosnówki przez Wodospad Podgórnej poszedł mu śpiewająco!).
Wpadliśmy po uszy! A przynajmniej po kostki! Docieramy do fragmentu szlaku, którego nie podjechalibyśmy na najlepszym rowerze świata. Błotnisty żlebik rozjeżdżony crossowymi motocyklami. Trochę drzew i  dywan z  anemonów! Wcześniej pojawiały się pojedyncze kępki zawilców, czasem żółte pierwiosnki (które pachną delikatnie pomarańczami), ale tutaj las przeszedł sam siebie w kunszcie wiosennych dekoracji. Instagram, zdjęcie szóste: zielone, nakrapiane bielą tło i jaskrawy, umorusany błotem rowerzysta. By wpasować się w instagramowe trendy, w cyfrowej ciemni zieleń trzeba ochłodzić, rowerzystę ocieplić… i przypadkiem nie rozjaśnić całości!

 

 

Ujęcie do powtórzenia w lipcowy wieczór w większej grupie, w lepszym świetle i w lepszych humorach.

 

Wracamy na łatwiejszą ścieżkę. Rzeka biegnie koło nas, wciąż jedziemy wzdłuż skał, czasem pojawiają się fragmenty starych kamiennych murów, których przeznaczenia nie potrafimy się domyśleć. Najlepsze jednak dopiero przed nami. Najlepsze zdjęcie!
Szlak prowadzi na drugą stronę dopływu Bobru. Rzeka wrze wśród zielonych głazów, pieni się biało, bloki w moich butach ślizgają się na kamieniach, ale muszę zejść nisko nad wodę, żeby uchwycić drugiego wycieczkowicza przejeżdżającego przez niski, betonowy, omszały mostek bez poręczy. Ciemne świerki tworzą piękne tło dla tego surowego kanadyjskiego kadru. Jest ciemno i fotografuję na dość długim czasie. Zdjęcie nie ma ostrości żyletki, ale dzięki temu zyskuje urok analogowej fotografii na starym sprzęcie. Widać na nim chłodną, wilgotną wiosnę.

 

ZACZYNAJĄ SIĘ PRZESZKODY

Troszkę da się jechać, głównie jednak podchodzimy. W tamtym miejscu profil trasy na Stravie zaczyna przypominać jeża. Zdjęcie nr 8, koniecznie szeroki kąt, najlepiej GoPro: pnące się pod górę skalne stopnie, wśród skał korzenie i walczący z podejściem kolarz. Prawie słychać, jak cichutko przeklina, przekraczając wraz z rowerem zwalony pień wielkiego drzewa.
Docieramy w  końcu nad Zalew w  Pilchowicach. Widzimy go początkowo z góry, woda prześwituje przez las na różnych fragmentach szlaku. O tej porze roku brzegi są zbyt szare, by pokusić się o próbę spektakularnego ujęcia. Nuda, wszędzie połacie bezlistnej krzaczastej nudy. Nawet użycie filtra polaryzacyjnego niczego nie poprawia. Niebo dalej jest szare, zarośla bure, a woda zielonkawa. Dodatkowo przy brzegach unoszą się i falują wraz z taflą jeziora zabłąkane śmieci. Nie wygląda to dobrze, kameralne wysypisko „odpadów turystycznych”. Rzeka przyniosła,
jezioro przechowuje…

 

 

 

Czarne konary dębów, zaniedbany most. By "wstąpić" dalej, trzeba mieć nerwy ze stali.

 

Stuletnia zapora w Pilchowicach.


Zdjęcie nr 9: stuletnia zapora w Pilchowicach. Ujęcie do powtórzenia w lipcowy wieczór w większej grupie, w lepszym świetle i w lepszych humorach. Teraz potrzebujemy posiłku i  kawy. Kilometry nabijamy dziś strasznie powoli, a energia ucieka w zastraszającym tempie, pewnie głównie na drodze wyciągania i pakowania aparatu oraz wstrzymywania oddechu przy zwalnianiu spustu migawki. Rozsiadamy się wygodnie w lepiankopodobnej knajpce po drugiej stronie zapory. Rowery wciągamy do środka, klarując gospodarzom, że w ten sposób będziemy spokojniejsi, a rowery nie powinny niczego popsuć. Mamy ochotę na placki z gulaszem. Rezygnujemy z nich za namową gospodyni, która poleca nam świeżo „ukulane” śląskie kluski. Obiad pycha. Pałaszujemy i ruszamy dalej.

 

MAŁA STACYJKA W PILCHOWICACH…

I pojedynczy tor przed nią kuszą. Według strony PKP pociągi w Pilchowicach już się nie pojawiają. Zdjęcie dziesiąte: jazda po szynie kolejowej na wzór wyczynów Danny’ego MacAskilla. Ostrzeżenie, nie wpinajcie się w pedały! Użycie szybkiej serii pozwoli uzyskać pożądane ujęcie, a jeździec zdąży ewakuować się z roweru, zanim ten spadnie z łomotem na drugą szynę. Jeśli nie, biada waszym plecom!
Zanim droga odbije na wschód, by oddalić się od jeziora, wpadniecie na stary kolejowy most opatrzony tabliczką „Zakaz wstępu”. Most jak wiele podobnych w tej okolicy ma odwrócone przęsło z łukiem skierowanym ku dołowi. Taka konstrukcja, budowana przez Niemców, miała zapobiegać oszacowaniu z samolotu nośności mostu. Jeśli szykujesz się do wojny, może to mieć znaczenie.
Zdjęcie nr 11, zgodnie z historią miejsca, wychodzi ponure: czarne konary dębów, zaniedbany most i rowerzysta łamiący o parę metrów zakaz wstępu. By „wstąpić” dalej, trzeba mieć nerwy ze stali. Dziesiątki metrów niżej, między deskami mostu, prześwituje tafla wody.
Gdy oddalamy się od Zalewu, trasa nam się wypłaszcza. Wpadamy na  bardziej otwarte tereny i dużą część drogi powrotnej do Jeleniej pokonujemy asfaltami lub szerokimi szutrówkami. Pogoda wciąż jest mglista, słychać już skowronki. Często zatrzymujemy się, żeby sprawdzić trasę na mapie. Nie mamy konkretnego planu powrotu, poza jednym punktem, do którego, uznaliśmy, warto byłoby dotrzeć – Góra Szybowcowa.
Zdjęcie nr 12: in the middle of  nowhere. Ujęcie z myśliwskiej ambony na maleńkiego kolarza na zielonej połaci kiełkującego zboża.

 

 

 

Jazda po szynie kolejowej na wzór wyczynów Danny'ego MacAskilla. Ostrzeżenie, nie wpinajcie się w pedały!

 

GÓRA SZYBOWCOWA…

Jest górą i trzeba na nią wjechać. Mamy już powoli dość i po drodze sporządzamy listę pizzerii, do których można by wstąpić. Wczesnowieczorny widok ze  szczytu na  Rudawy Janowickie i  miasto rekompensuje nam wysiłek związany z podjazdem. Przedostatnie z ujęć nie ląduje na Instagramie. Jest zbyt przeciętne: wielka połać łąki i zamglony widok na odległe góry. Na Instagram wędruje zdjęcie z komórki: zmordowany cyklista na tle pomarańczowej jak mandarynka bramy hangaru dla szybowców. Teraz pizza!

 

Komentarze do artykułu