Dla kogo są elektryki? Eksperyment na samym sobie!

Kiedy przyjeżdżam moim „ściganckim” rowerem do pracy, a nie robię tego często, ludzie przychodzą, oglądają, mrugają okiem i prawie zawsze ktoś zapyta, czy mam tu gdzieś taki ukryty silniczek. „No, wiesz. Taki, co mają wszyscy zawodowcy”. Ktoś słyszał, że to drogie, ktoś pyta, czy pomaga, czy sprawdzają to na zawodach i czy widziałam, jak wygląda.



Elektryki... Silnik ukryty w ramie, wspomagający pracę kolarza, przestał być postrzegany jako urban legend, gdy w 2016 na mistrzostwach świata w kolarstwie przełajowym w holenderskim Heusden-Zolder Belgijka Femke Van den Driessche została zdyskwalifikowana za stosowanie dopingu technologicznego. Silniczek w jej ramie mógł generować nawet do 200 watów mocy. To mało czy dużo? Nieważne. To nieuczciwe. Środowisko kolarskie grzmiało, internauci prześcigali się w udowadnianiu, że doping technologiczny jest „gorszy” od niedozwolonych farmaceutyków, a w tym czasie jakaś austriacka babcia wyprzedzała peleton jadących mozolnie pod górę zawodników półzawodowego klubu. Co jest grane?!

 

 

Rowery elektryczne to zło

W świadomym jeżdżeniu na rowerze najlepsze jest to, że rower „mówi”, kiedy jest dobrze, a kiedy źle. Tętno, kadencja, czas na znanym podjeździe, poziom skupienia… Świadomy kolarz czuje, kiedy jest w dobrej formie. Czuje też, jeśli nie jest to jego dzień. Jak można tego dokonać na rowerze z silniczkiem? Jestem załamana, gdy dowiaduję się, że kultowy Salzkammergut Trophy ma kategorię dla „elektryków”. Czy to oznacza, że kolarstwo się skończyło?

Nasz elektryczny Romet ERE500 zostanie przetestowany w Srebrnej Górze na dopiero co otwartych po zimie Enduro Trails i podczas wycieczki na Rybnicki Grzbiet w Górach Wałbrzyskich. Ciężko przeżywam ten upadek moich ideałów. To jakby zostać wysłanym na targi rowerowe, gdy pracuje się w czasopiśmie o muscle carach. Żenująca degradacja!

 

Problem stanowi już wniesienie roweru do hotelowego pokoju, 22 kilo to więcej niż 1/3 mnie.

 

Nie chcę nawet patrzeć na to „diabelstwo” i programowo je ignoruję.

 

  

W niedzielny poranek, mając już w nogach całą sobotę jeżdżenia na naszych prywatnych rowerach po Trasach Enduro w Srebrnej Górze, wyruszamy w stronę Głuszycy. Pogoda jest bajeczna, w powietrzu nie wyczuwa się już ani wspomnienia zimy, a wzdłuż strumieni kwitną anemony. Rybnicki Grzbiet jest stromy jak ściana i są rejony, gdzie drzewa rosną niemalże równolegle do zbocza. Na początku podjazdu mijają nas trzy terenowe auta, których kierowcy z przygryzionymi wargami postanowili udowodnić, że się da. Na moim rowerze się nie da. Przynajmniej są fragmenty, gdzie nie ma na to żadnej szansy, nawet jeśli wierzy się, że potrafi się to robić. Nasz oblatywacz Maciek, na elektryku, wraca właśnie z wiadomością, że „u góry jest całkiem fajne miejsce na ładną panoramę”. Zjeżdża w pozycji żużlowca, ciągnąc bokiem tylne zablokowane koło, po czym zawraca i robi wheeliego pod górę. Wciąż uważam, że to oszustwo.

 

Znajdujemy naprawdę stromą ścieżkę z podłożem z luźnych kamieni, gałęzi i grubych trocin, by przetestować, czy Romet potrafi ruszyć z miejsca w takich warunkach. Tu go załatwimy, myślę. Chcę dobrego zdjęcia z tej próby i ustawiam Maćka w pięknym kadrze, ale na najgorszej chyba nawierzchni w okolicy. Rzeczywiście, mimo że Maciek czuje rower jak mało kto, Romet grzęźnie w tym podłożu jak Maluch na oblodzonej górce. „Tu nie ma przyczepności!” – krzyczy Maciek. Kilka metrów dalej wsiada na rower i rusza, jakby zjeżdżał kalifornijską aleją w stronę oceanu. Luz hippisa z San Francisco. Zdjęcie wychodzi średnio.

 

Jest sporo podchodzenia. Traktuję podjazdy ambicjonalnie, podchodzę tylko tam, gdzie naprawdę nie da się podjechać. Romet podjeżdża wszystko. To niemożliwe, myślę. To niedopuszczalne, by ktoś, kto nie kocha podjeżdżania, robił to tak lekko. Tak bardzo od niechcenia...

 

 

Na Rybnicki Grzbiet prowadzi malowniczy trawers, który jeszcze nie został przerobiony na autostradę do zwózki drewna. Na tym trawersie jazda sama w sobie stanowi czystą przyjemność. Droga wiedzie przejrzystym bukowym lasem, delikatnie pod górę. Moje tętno oscyluje w okolicy 160 uderzeń na minutę i na szczęście nie trzeba szarpać się z rowerem. Film, nawet taki kręcony z ręki, dobrze obrazowałby, jak Romet kpi sobie z naszych tradycyjnych rowerów, na których przecież potrafimy całkiem nieźle jeździć. Maciej kręci się wokół nas jak szczeniak wokół starszych państwa i najwyraźniej cieszy się jazdą. „Kocham elektryki” – odpowiada na moje pytanie o wrażenia. Nie wierzę!

 

W końcu zjeżdżamy. Zjazd jest łatwy, ale stromy i nawierzchnia ledwo trzyma. Właściwie należałoby zablokować tylne koło i ewentualnie trochę nim pozamiatać. „Czy ten wyświetlacz działa?” – pyta podekscytowany pilot Rometa, gdy dojeżdżamy do niego u podnóża zbocza. Na wyświetlaczu widnieje MAX 83.0 km/h. Opadają mi ręce.

 

Przenosimy się na Trasy Enduro w Srebrnej. Między poukrywanymi w lesie fosami i wałami twierdzy Srebrna Góra słońca jest już jakby mniej. Spieszymy się, żeby zobaczyć jak Romet lata na hopkach, ale z tyłu głowy zaczynają już krążyć myśli o zbliżającym się poniedziałku. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Maciek skacze na dwudziestodwukilogramowym Romecie, jakby testował BMX-a. Śmieje się tylko, że skakanie lubi, a teraz dodatkowo nie męczy się na podjazdach.

 

 

Teraz ja!

Przejmujemy rower od naszego oblatywacza, puszczając go zniecierpliwionego do domu. Wychodzi na to, że będę musiała zjechać na nim trasą A w poszukiwaniu pleneru do końcowych zdjęć samego pojazdu. Nie chcę, boję się na nim jechać. Trasa A nie jest z początku zupełnie łatwa. Mam obawy, że w razie potrzeby nie będę w stanie nawet szarpnąć takiego klocka. Nie znam opon (Romet ERE 500 wyposażony jest w koła Plus) i boję się właściwie wszystkiego, co ma silnik. Co ja mam zrobić, jak on będzie chciał jechać szybko, a ja nie będę chciała? Zahamować? Tak po prostu? Zupełnie nie wiem, czego się spodziewać.

 

Podczas zjazdu silnik milczy. Rower zjeżdża dość pewnie. Na pewno nie jest nerwowy. Tego jeszcze brakowało, żeby przy tej masie był. Po 100 metrach przestaję się bać. Moje wyobrażenie o elektrycznych rowerach sprowadzało się do przypuszczenia, że można sobie machać nogami w powietrzu, a rower sam jedzie do momentu, aż starczy mu baterii. No więc nie do końca tak to wygląda… Przychodzi wypłaszczenie, gdzie zupełnie odruchowo redukuję bieg i zaczynam pedałować. Rower nagle nabiera prędkości, której się nie spodziewałam. Nie strasznej prędkości, przy której ręce same chcą zacisnąć się na klamkach, ale przyjemnej prędkości, nieosiągalnej takim poziomem wysiłku, jaki wkładam w pedałowanie. Zaczynam się śmiać. Im dalej jadę delikatnie pofałdowaną w tym miejscu trasą A, tym głośniej się śmieję. Nie czuję się, jakbym została wystrzelona z rakiety ku olbrzymiej obcej planecie z potworną grawitacją i zguba moja blisko. To uczucie, jak po wypiciu soku z gumijagód, tajemnego eliksiru druida Panoramixa, jakbym nagle stała się strasznie silna. Oczywiście nawet Obelix, gdy przestanie pedałować, to zwalnia. Jazda na elektryku nie różni się niczym od jazdy na zwykłym rowerze, tylko prędkość jest nieproporcjonalna do wysiłku.

 

Zasilanie Shimano działa w trzech trybach: eco, trail i boost (czwarty to wyłączenie). Tryby przełącza się dość intuicyjnie manetką podobną do przerzutkowego triggera. Wyświetlacz zasilania umieszczony na kierownicy wskazuje bieżący tryb. Proste. Eco – jestem w rewelacyjnej formie, trail – jestem niezwykle silna, boost – staję się Wonderwoman! Niestety, nawet Wonderwoman obowiązują zakazy. Przepisy polskiego prawa definiują rower elektryczny jako pojazd ze wspomaganiem mogący poruszać się z maksymalną prędkością 25 km/h. Po jej przekroczeniu zasilanie gaśnie i ma się wrażenie, że rower hamuje.

 

 

 

Chcę jeszcze raz!

Zostawiam sprzęt na dole i jadę zbierać nieuczciwe trofea Queen of the Mountains. Jadę żwawo pod górę, mam przyspieszony oddech i tętno, właściwie mój wysiłek jest taki, do jakiego przyzwyczajona jestem na podjazdach. Wypada się trochę zadyszeć, ale moja prędkość nie ma nic wspólnego z prędkością rowerzysty na podjeździe. W trybie trail jadę 23 km/h. Na tryb boost jestem za szybka, rower co chwilę szarpie i hamuje.

 

Zjazd

Całą sobotę skradam się do ścianki na początku trasy A. Zbieram się w sobie, podjeżdżam, spoglądam w dół i zaciskam hamulce, cofam się parę metrów i powtarzam, by ostatecznie zdeprymowana sprowadzić rower w dół. Nie ma w niej nic trudnego, ale nie umiem się przełamać. Szosowcy tak mają. Na Romecie przy trzecim podejściu już wiem, że ją zjadę. Łatwizna. Duży rozstaw kół Rometa sprzyja zaufaniu wobec roweru. Skoro dobrze zaczęłam, mogę dobrze skończyć. Pod koniec trasy A bolą mnie nogi od pompowania. Rower mimo swojej wagi jest skoczny i dobrze się prowadzi. Trasa A bez zatrzymania. Brawo ja! Teleskopowa sztyca, którą miałam w Romecie, na pewno nie przeszkadzała, niestety nie jest seryjnie montowana.

 

Długość trasy A wraz z podjazdem wynosi 6 kilometrów i czuję pełną satysfakcję z przejechania takiego dystansu na trailowym rowerze. Nogi lekko trzęsą się z wysiłku i emocji, chwilę muszę uspokajać oddech, rogal na twarzy nie mniejszy niż dzień wcześniej. Jedyna różnica między dniem poprzednim a dzisiejszym tkwi w czasie przejazdu.

 

Konkluzje

Czy kupiłabym elektryka? Nie wiem. Jeśli spytalibyście mnie dzień wcześniej, moja odpowiedź brzmiałaby „nie”. A to oznacza, że w ciągu jednego dnia delikatnie mi odbiło.

 

Czy nadal uważam, że silnik w rowerze to oszustwo? Oczywiście! Ukryty i użyty w nierównej walce przeciw sile mięśni to obelga wobec zasady fair play. Dla kogo zatem jest taki rower? Dla każdego kto lubi i chce jeździć, a nie zależy mu, aby się zajechać. Czego się boję w elektrykach? Że wyczerpię baterię wcześniej, niż skończy mi się ochota na jeżdżenie i pokonanie kolejnego wzgórza.

 

Postscriptum

Największa zaleta posiadania elektryka? Gdy po całym dniu jeżdżenia wciągasz rowerowym kuligiem swoich wycieńczonych współtowarzyszy na ostatni podjazd przed wieczornym piwem, które oni z wdzięczności ci stawiają.

 

 

 

Tutaj znajdziecie prezentację modelu Romet ERE 500

Więcej na temat Tras Enduro Srerbna Góra znajdziecie tutaj