Trentino w trzech smakach

Mistrzostwa Świata w downhillu w Val Di Sole odbyły się na trasie, o której Danny Hart powiedział, że jest najtrudniejszą, na jakiej kiedykolwiek przyszło mu się ścigać...



 

Po tytuł mistrzowski sięgnął w tym roku po raz drugi w swojej karierze. Pierwszy raz, w Champery w 2011, rozprawiając się ze śliską trasą w sposób zapewniający mu miejsce w historii kolarstwa górskiego. Również tego dnia, w niedzielne popołudnie, błyszczał na stokach Doliny Słońca mistrzowskim złotem, podobnie jak jego rodaczka, bezkonkurencyjna w tym sezonie Rachel Atherton. Podium elity miało w tym roku barwy Wielkiej Brytanii, chociaż miejsce zawodów, jak i cała okolica, są tak włoskie i trójkolorowe, jak tylko można sobie wymarzyć. Odwiedziliśmy trzy miejsca na mapie regionu Trentino (czyli Trydentu): Val Di Sole – Słoneczną Dolinę; Madonna Di Campiglio, czyli mekkę narciarstwa i miejsce rozegrania pierwszego etapu... Tour de Pologne w 2013 roku; oraz Andalo, w którym posmakowałem jednych z najtrudniejszych tras enduro, z jakimi przyszło mi się zmierzyć.

 

 

VAL DI SOLE

Na początek naszej wyprawy wylądowaliśmy tam, gdzie rozgrywał się finał Mistrzostw Świata w Downhillu. Z Hotelu Monte Giner w Mezzanie, położonego tuż obok szumiącego, górskiego potoku spływającego wprost do rzeki Torrente Noce, do Mezzadury i Centrum Rowerowego Val di Sole mieliśmy około trzech kilometrów drogi. Centrum to świetnie przygotowany ośrodek, w którym znajdziemy nie tylko wypożyczalnie rowerów i innego potrzebnego sprzętu, ale także sklepy oraz restauracje. Wszystko mieści się w pobliżu dolnej stacji wyciągu. A propos wyciągów, oczywiście nie ma obowiązku korzystania z nich i chapeau bas przed każdym, kto odważy się pokonać ponad tysiąc metrów w pionie. My, niestety, nie mieliśmy na takie atrakcje czasu, a i sami przewodnicy proponowali nam skupić się na zjazdach, czyli na tym, co najlepsze. Kolej linowa z Daolasa kończy się na stacji Val Mastellina na wysokości 2043 m n.p.m. i jest to jej trzecia stacja. Środkową omijamy, no, chyba, że chcemy pojeździć trasą zawodów DH (nieprzygotowanym odradzam). Stamtąd, jadąc w miarę łatwymi singlami, dotrzemy do przepięknie położonej farmy mlecznej Malga Folgarida di Dimaro (1662 m). Częściowo wzdłuż stoków narciarskich, częściowo singlami i szutrówkami, docieramy do miejscowości Folgarida, by przez leśne trawersy i ukrytą górską chatkę naszego przewodnika dotrzeć do punktu startu przy wypożyczalni rowerów Val di Sole Bike Rent & Tour. Godzinna pauza na pizzę i radlera, bo przecież Włosi mają obowiązkową sjestę w środku dnia, i lecimy dalej, tym razem czysto XC, w stronę wschodnich grani Doliny, wzdłuż rzeki Torrento Noce.

 

Dużym plusem Val di Sole jest zróżnicowanie tras i przygotowanie nie tylko pod doświadczonych kolarzy górskich, ale i pod turystykę rodzinną. Rafting, czyli spływy pontonowe, to temat mocno lansowany i silnie wypromowany przez lokalną izbę turystyczną, teraz jednak region chce postawić na rowerzystów. Istnieje gotowa infrastruktura, nie tylko dróg, wytyczonych szlaków i przygotowanych tras w okolicznych lasach, ale przede wszystkim duża baza hotelowa i restauracyjna oraz wypożyczalnie sprzętu. Początek września oznacza zwykle koniec sezonu letniego, więc jeśli nie chcecie jeździć na średnio przygotowanych rowerach, dobrze jest zabrać własny, ewentualnie zadzwonić do danej wypożyczalni i próbować się dogadać. Zwyczajowo sezon letni startuje w kwietniu, a majówka może być jednym z najlepszych momentów na odwiedziny w Dolinie Słońca.

 

 

 

MADONNA DI CAMPIGLIO

Do Madonna di Campiglio prowadzi tylko jedna droga. Z Doliny Słońca kierujemy się przez miejscowość Dimaro drogą, której nazwa mówi wszystko – Via Campiglio. Nie sposób się zgubić. Sama miejscowość to luksusowy kurort, słynny ze swoich narciarskich tras zjazdowych, w tym trasy 3Tre. To właśnie tutaj finiszował pierwszy etap 70. Tour de Pologne, po raz pierwszy poza granicami Polski. My jednak nie mieliśmy okazji zasmakowania szosy, ponieważ góry i ich naturalne szlaki to coś, po co jechaliśmy „z ziemi polskiej do włoskiej” ponad tysiąc kilometrów. Z ulotek dowiedzieliśmy się, że w centrum można wypożyczyć nawet rowery naszej rodzimej marki NS Bikes, ta wypożyczalnia była jednak akurat nieczynna. Najlepszą opcją były dwa elektryczne Scotty, hardtaile z raczej podstawowym osprzętem. Nasz przewodnik, Marco, chciał nam pokazać piękne, techniczne single, prowadzące głównie odsłoniętymi stokami Cima del Groste. Są to trasy zdecydowanie pod fulla, zatem nie pakujcie się na nie z rowerem o skokach obu kół poniżej 140 mm. Start jest na wysokości 2436 m, ale możecie wyjechać jeszcze kawałek w górę, na ponad 2500 m i stamtąd próbować trudnych szlaków, przeznaczonych głównie dla pieszych. My jednak jechaliśmy od razu w dół, docelowo w stronę Madonna di Campiglio. Przejechanie niespełna 13 km trasy zajęło nam... ponad 4 godziny. Pięciokrotnie stawaliśmy do łatania dętek, jednak skłamałbym, gdybym napisał, że wycieczka nie była udana. Częste pogaduchy z Marco, cappuccino w schronisku Rifugio Graffer oraz rozmowy o tym, jak najlepiej załatać dętkę, jak sobie pomóc przy pompowaniu koła i jak poradzić sobie z uszczelniaczem w aerozolu, który nie chce wykonać jedynej rzeczy, do której go stworzono. Prawda jest taka, że okolica i sama obecność w tak pięknych górach jest w stanie wynagrodzić wszelkie niedogodności, w tym zmieniającą się, późnoletnią pogodę. I chociaż był to koniec sezonu, w samej Madonnie zawsze można liczyć na pyszne pannini albo zdrową sałatkę z lokalnymi przysmakami. Jeśli szukacie noclegu, pomyślcie o Hotelu Gianna, zwłaszcza jeśli lubicie posłuchać o tradycji regionu i lubicie dobrą, włoską kuchnię. Czarujący szef sali, o wyraźnie bogatym doświadczeniu w swoim fachu, uraczy was prawdopodobnie najlepszym czerwonym winem, jakie piliście w swoim życiu.

 

 

ANDALO – Bear Trails

O ile nasze wcześniejsze jazdy ocierały się o zaawansowaną turystykę i styl all mountain, o tyle wizyta w Andalo i jeżdżenie po Bear Trails było doświadczeniem prawdziwego, alpejskiego enduro. Nasz przewodnik, Davide, zna te trasy na wylot. Sam je budował i cały czas nad nimi pracuje. W dniu, w którym z nim jeździliśmy, miał jeszcze do „pomachania” koparką, w końcu odcinek trasy sam się nie uporządkuje. Do naszej dyspozycji mieliśmy fantastycznego, karbonowego Santa Cruz Bronsona C oraz Mondrakera Dune, rowery przygotowane na trudy enduro i doskonale wspierające kolarza w ciężkim terenie. Nasz start miał miejsce blisko szczytu La Paganella, obok schroniska Rifugio La Roda, na wysokości 2107 metrów. Stamtąd od razu wpadaliśmy na techniczny, mocno kamienisty szlak, prowadzący do restauracji Malga Zambana. Od razu drobna uwaga, jest bardzo stromo, miejscami tak bardzo, że piszący te słowa wolał odcinek pokonać z buta (ciężki plecak ze sprzętem foto nie pomagał). Warto mierzyć się z trudami szlaków Paganella, ale warto również zachować respekt wobec gór i przynajmniej pierwszego dnia nie przesadzać. Davide na bardzo ciasnych zakrętach czuł się jak ryba w wodzie, trasy pokonywał płynnie, z łatwością. Ostrzegał przed zdradliwymi miejscami, jak chociażby na ostatnim odcinku szlaku 811 w kierunku jeziora Molveno, gdzie kamienisty, usiany ostrymi głazami zjazd wydawał się stosunkowo łatwy, ale tylko w widoku od góry. Przy bliższym poznaniu pokazywał swoje prawdziwe oblicze i nieoczywistość wybieranych linii, urywających się nagle uskokami i przełomami.
Na Bear Trails znajdziecie w zasadzie wszystko, co polskie góry mają do pokazania, ale w skali makro. Wąskie single w lesie, strome zjazdy, które momentami wydają się nie mieć końca, najeżone skałami trawersy w poprzek stoków, na których spotkacie nie tylko pieszych, ale i... świstaki. Przygotowanie kondycyjne i techniczne odgrywa tutaj istotną rolę. Do tego sprzęt powinien funkcjonować bez zarzutów. Jeśli ważycie powyżej 80 kg, pomyślcie o hamulcach z dużymi tarczami, przynajmniej w przednim kole. Te trasy z rzadka wybaczają błędy, a zdecydowanie potrafią ukarać niepokornych. Mocno polecam wynajęcie przewodnika, co nie powinno zaboleć, jeśli zrzucicie się na jego wynagrodzenie. Jako fan pedałów zatrzaskowych miałem plan zapuścić się w trasę na SPD, jednak platformy i dobry płaski but to coś, co powinniście rozważyć w pierwszej kolejności. Jeśli wybieracie się w region ze swoim rowerem, pamiętajcie o zabraniu zapasowych okładzin na każdy hamulec. Zabawne? Nie, jeśli po raz pierwszy poczujecie swąd palonych tarcz...

 

 

 

GDZIE SPAĆ, CO JEŚĆ?

W całym regionie Trentino z łatwością znajdziecie odpowiedni dla siebie hotel. Sprawdziliśmy Hotel Monte Giner w Mezzanie, Hotel Gianna w Madonna di Campiglio oraz Park Hotel Sport w Andalo. Każdy z nich, zgodnie ze swoim standardem (cztery gwiazdki), oferuje wysoki komfort i zapewnia odpowiedni wypoczynek po całym dniu spędzonym w górach. Ceny zaczynają się od ok. 60 euro za dobę w pokoju w opcji bed & breakfast. W środku sezonu są odpowiednio wyższe, ok. 75 euro. W każdym z nich bez problemu pozostawicie swój sprzęt w zamykanym pomieszczeniu. O wodę na trasie nie trzeba się specjalnie martwić, niemal wszędzie są wodopoje, zatem w najlepszej opcji wystarczy zabrać jedynie saszetki lub tabletki z proszkiem izotonicznym, jeśli nie urządza was sama górska, krystalicznie czysta i smaczna woda. Przy okazji, mała butelka (0,5 l) wody kosztuje w schronisku 1,5 euro. Lepiej wydać na pyszne espresso!

 

W każdej miejscowości znajdzie się otwarta knajpka (paninoteca, bruschetteria), w której zjecie coś na ciepło. Na lunch wystarczy przeznaczyć między 10 a 15 euro. Radler (0,5 l) kosztuje ok. 2 euro, lampka wina podobnie. Ceny nie zwalają z nóg, jak to bywa np. w Austrii czy w Niemczech. Batony energetyczne możecie kupić nawet w supermarketach (Enervit – 1,50 euro).

 

PS

Prywatnie, jako fotograf, zdecydowanie polecam zabranie nieco lepszego aparatu fotograficznego. Lustrzanka? Jasne, ale najlepiej taka z uniwersalnym, lekkim zoomem. W lecie światła jest mnóstwo, jasne szkła zostawcie w domu, nie ma sensu dźwigać sprzętu, którego cech nie wykorzystacie. Praktycznie co zakręt to pocztówka – takie widoki!