Smrek nad singlem

Pomysł zdobycia Smreka pojawił się spontanicznie. Mieliśmy tego dnia, tak jak poprzedniego, po prostu testować nowe modele Krossa na Singlu pod Smrekiem. Ale gdy już się pojawił, trudno było mu się oprzeć...



 

 

 

 

Idea, zaszczepiona w sercach i głowach przez Miłosza, rozprzestrzeniła się niczym płomień i wkrótce kilkanaście osób było zainteresowanych tym, by zmierzyć się z

legendarnym niebieskim szlakiem ze Smreka. Bo nawet jeśli Singiel pod Smrekiem jest fajny, a nasz ostatni artykuł na jego temat mogliście przeczytać dopiero co w wydaniu 9/2016 BIKE (znajdziecie go też na stronie www w dziale Miejscówki), to przejechany po raz kolejny pozostawia pewien niedosyt. Ba, jest rewelacyjny, ale dla fanów sponiewierania się w górach za łatwy. Nawet jeśli pokonywane szybko ścieżki wywołują banana na twarzy. Nie trzeba było nas długo namawiać, a ekipa uzbrojona w fulle w towarzystwie Piotra Staronia, jednego z najbardziej znanych polskich fotografów rowerowych, żwawo obrała kierunek na Świeradów.

 

 

 

 

Którędy na górę?

Naszym miejscem startu był hotel Malinowy Dwór, położony w Czernicy, a więc nie w samym Świeradowie. Każdy, kto choć trochę zna okolicę, wie, że co prawda miejscowość położona jest optymalnie, ale dla chcących pojeździć wyżej w Izerach oznacza to wspinaczkę w stronę Świeradowa. Mozolną, bo przynajmniej początkowo, jeśli chce się pokonać metry w pionie, trzeba jechać asfaltem. Wariant alternatywny to czarny szlak i dojazdówka w stronę Zajęcznika, czyli najciekawszego, czerwonego (takim kolorem oznaczono szlak) polskiego fragmentu Singli, fajny, ale zajmujący dużo czasu. Chcąc nie chcąc, wgramoliliśmy się na przełęcz, sprawdzając jakość zawieszeń w Soilach i Moonach, a przede wszystkim ich blokad. Później został tylko krótki zjazd w stronę... wyciągu na Stóg Izerskich. Każdy, kto kiedykolwiek startował w Bike Maratonie, albo sam wjeżdżał na tę górę, wie, że wspinaczka ta to niekończący się asfalt, zwany przez niektórych ścianą płaczu. Sensownej alternatywy brak. W warunkach maratonu podjazd zajmuje godzinę, ile zająłby nam? Nie do końca byliśmy zainteresowani sprawdzeniem tego, wyciąg był oczywistym wyborem. Płacz nastąpił, gdy dowiedzieliśmy się, ile kosztuje bilet w jedną stronę – 30 złotych. Trudno tę cenę nazwać okazyjną. Czyżby została podyktowana siłą nabywczą licznych niemieckich emerytów, chętnie leczących się w okolicy? Przełknąwszy gorzką pigułkę, 500 metrów w pionie pokonaliśmy w wygodnych, dwuosoboworowerowych wagonikach. 

 

 

 

 

Ze Stogu na Smrek

Perspektywa sprawdzenia, co ciekawego serwują w Schronisku na Stogu, była kusząca, ale i zielony szlak w stronę Smreka kusił. Góry położone są na niemal jednym poziomie, ale i tak szlakiem trzeba dojechać. Jest to dość popularny szlak pieszy, ale bez przesady, we wrześniowy dość pochmurny przed południem dzień kibiców mieliśmy głównie na Stogu, a później spotykaliśmy jedynie pojedyncze osoby. W ramach ścieżkowej etykiety oczywiście ustępowaliśmy sobie nawzajem drogi. Fragmenty zjazdu ze Stogu po raz pierwszy pozwoliły sprawdzić dobór rowerów, a przede wszystkim to, czy 130 mm skoku (ścieżkowy Soil), czy 160 mm (endurowy Moon) były lepszym wyborem. Ten fragment trasy jest wciąż do przejechania na obu rowerach, wystarczy nie przeszkadzać im w łykaniu przeszkód. Full się przyda, gdybyście zamierzali powtórzyć naszą trasę na hardtailu. Tym bardziej na kolejnym podjeździe, zaraz za Łącznikiem, gdzie docenia się pracujące zawieszenie wśród ruchomych kamieni. Gwarantujemy, da się przejechać wszystko! Kolejna próba to już zjazd z samego Smreka, gdzie kamienie zaczynają rosnąć. Nas co prawda nie pokonała, ale jej ofiarą padła jedna z dętek. Konieczny postój pozwolił uspokoić skołatane wybojami nerwy. 

 

 

 

 

Szlak niebieski

Słyszeliście o niebieskim szlaku ze Smreka? Osoby, które go pokonały, wyrażają się z szacunkiem, ale też z pewną tajemniczością w głosie. Jakby chciały przed czymś ostrzec... Pierwsze metry niczego nie wróżą, bo to trawers zwykłą drogą, teoretycznie z pięknym widokiem na czeska stronę (z powodu chmur nie tym razem). Krótkie przegrupowanie u gardła ścieżki w lewo, poprawa ochraniaczy i już można było ruszyć w dół. Przynajmniej w teorii. Bo w praktyce nasz zjazd skończył się po kilku metrach. Śliskie (ciągle w chmurach!) kamienie nie odznaczały się wybitną przyczepnością. Ich ofiarą padł Rafał. Gdy leżał, sytuacja nie wyglądała najciekawiej. Po kilku minutach i głębszych oddechach okazało się jednak, że nadgarstek jest tylko zbity i że możemy jechać dalej. Wszyscy z wyjątkiem Rafała, który zaczął powoli schodzić. Ok, możemy się przyznać, następne 100 metrów schodziliśmy chyba wszyscy, na drżących nogach... Do kolejnej przecinki. I wtedy wyszło słońce!

 

 

 

 

Kamienie

Zniknięcie chmur i widok nie spowodowały, że Rafała przestał boleć nadgarstek, ale zrezygnował z planu skrócenia tripu. Twardziel! Przed nami widać było może nie morze kamieni, ale zdecydowanie coś, co przypominało gołoborza. I niespecjalnie wyglądało na możliwe do przejechania. Nie zmienia to faktu, że w naszej grupie znalazło się przynajmniej dwóch chętnych, którzy podjęli próbę. Reszta owszem, podążyła ich śladem, ale niewielkie fragmenty trzeba było z pokorą przejść z buta. Szybko jednak okazało się, że 200 metrów dalej jechać już się da. Ścieżka nadal jest ekstremalnie kamienista i wymaga czujności, ale już przejezdna. Łatwiej, podobnie jak poprzedni fragment, pokonywać ją na rowerze z trochę większym skokiem, typu Moon. Koledzy, którzy jechali na Moonach, sprawiali wrażenie, jakby czuli się trochę pewniej. Co prawda łatwo jest złapać snejka, co wkrótce wymusiło kolejny przystanek (ale dopiero na końcu zjazdu). A szlak niebieski im niżej, tym łatwiejszy. Ze ścieżki przechodzi w drogę używaną przez leśników. Uwaga na poprzeczne rowy odprowadzające! To one prawdopodobnie podstępnie nas zaatakowały! Ten fragment szlaku dochodzi do drogi asfaltowej i popularnego skrzyżowania U Strejtowa Obrazku. Przeżyliście choć raz Asfaltową Agonię? To najbardziej morderczy podjazd na Singlu, jak łatwo się domyślić po asfalcie. Kończy się właśnie na tym skrzyżowaniu. 

 

 

 

 

Powrót dookoła

Skoro już się wdrapaliśmy – a raczej zjechaliśmy – na niemal najwyższy punkt samego Singla, głupio było po prostu wrócić do miejsca startu najkrótszą drogą. Nastąpiły kolejno fragmenty czarnego szlaku Około Medence plus pętla czerwonymi przez Novometską Stranę, z obowiązkowym przystankiem na naleśniki, kofolę i kawę U Kyselky. Później czekał nas już tylko trawers kolejnymi czerwonymi w stronę przejścia granicznego i miejsca startu. I nawet jeśli po raz kolejny Singiel jest odrobinę bardziej nudny, to jednak nie na tyle, by się nie bawić. Uwaga! Szlak niebieski ambitni mogą też uzupełnić o przejechanie najtrudniejszych fragmentów Singla, czyli Hejnickiego Hrebienia. Wystarczy zaraz za najtrudniejszymi fragmentami szukać kierunkowskazu w stronę Hubertki, gdzie szlak się zaczyna. Wariant ten jednak oznacza, że wycieczka wydłuży się zapewne o kolejne trzy godziny. Jakby co, ostrzegaliśmy…

 

PS Jeśli będziecie w okolicy kilka dni, polecamy wydłużenie zwiedzania o wypad na stronę czeską, w stronę Jizerki. Ta czeska wioska jest magiczna!

 

 

Zobaczcie nasz reportaż z Singla pod Smrekiem tutaj     

 

Cała nasza trasa liczyła w sumie 22,2 kilometra, a suma podjazdów wyniosła ponad 800 metrów. Tutaj znajdziecie jej przebieg.  

 

Komentarze do artykułu